Spotykam
na drodze przystojnego rowerzystę. Pomaga mi ze sflaczałą dętką. Jest uprzejmy
ale zdystansowany. Mam dobry humor i chcę pogawędzić. Wygrywa jego dystans. Jest
zajęty. Odchodzę. Trzeba siebie znosić z godnością. Myślę o wszystkich spotkanych
przeze mnie mężczyznach, chłopcach raczej. Denerwują mnie ich reakcje na
niektóre zdarzenia. Moje reakcje mnie denerwują. Przypomina mi się mój zmitologizowany
obraz Ideała. Wyciągam zeszyt ze Spongebobem. I długopis. Zaczynam bazgrać pod
wpływem tamtego epizodu, choć w ostateczności nie o nim piszę. Czasem jedno
zdarzenie wywołuje natłok myśli. I dobrze, bo lubię ten wiersz.
Gniew unosi się pode mną
Wzrasta śpiesznie obłok chmur
Już roztacza się pył wstrętu
Wchłaniam krzyku gęsty znój
Powód – nader prosty jest
-
kochanie
Powód smutku dobrze znasz
Powód?
Nasze nierozstanie
- zła
wymiana niemych zdań
Na rozstaju dróg cyklicznych
Pozłacanych blaskiem lamp
Przystanąłeś uśmiechnięty
Kradnąc smutek siego dnia
Pogłaskałeś po omacku
Moich smaków lepki smar
Utuliłeś swym uśmiechem
Moje serce nierozumne
które wielbi iskier czar
które czeka na twój znak
Lecz
Zamilkłeś, niewzruszony
Ustawiając tamę z mgły
Więc
Odeszłam zasmucona
Oddaliłam się wśród chmur
A wśród kłębów, co ramiona
Plotą gruby złości sznur
Gniew unosi się nade mną
Krąży czarny obłok chmur
Bo to – nasze nierozstanie
To – bezradność głupców dwóch
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz