wtorek, 30 kwietnia 2013

nigdy się nie przyzwyczaję




nigdy się nie przyzwyczaję
do smaku twoich ust
i do tego, że gdy rano wstajesz,
ciepłem pachniesz
zimnem stóp
nigdy też nie będę wiedzieć
o czym myślisz tuż przed snem
ani w pracy, czy jest miło,
jak zmarnować z tobą dzień
i, czy złościłbyś się na mnie,
gdybym ci każdego dnia
słała uśmiech
najpiękniejszy
ten, co znika
w moich snach


niedziela, 28 kwietnia 2013

Szkic




pomyślałam, że Cię naszkicuję
chwyciłam więc za ołówek
i prędko, z wypiekami na twarzy
zaczęłam, rysując, marzyć

jeszcze tylko kilka kresek
kilka zbędnych rys wymazać
i tak powstał wizerunek,
którego nie sposób pokazać

westchnąć muszę rozżalona,
iskra wrzeszczy pod mą ręką
nie mogę cię narysować
w szkicu znika blask twój, piękno 





nie sposób ;)

środa, 24 kwietnia 2013

Antyerotyk


brakuje ci czasu na seks
albo miejsca
 a ja w podomce, ciepłych kapciach,
moim wysprzątanym, przytulnym
pokoju
w czasie wyznaczonym na brak seksu
obgryzam niespiesznie skórki
przy paznokciach
a potem prędzej
ruchem przyspieszonym jednostajnie
bez woli
czasem nawet cicho sobie jęknę
bo to przecież brzydko, mówią, nieładnie
i boli
nie ważne, że brzydko
ważniejsze,
że ten mój czas
na brak seksu
czasami
po kilku kęsach
krwią nachodzi
lecz, niech to licho
w ogóle nie staje
blednie
i odchodzi



                                                                                                                    

wtorek, 23 kwietnia 2013

Mąż – piłkarz, wąż i krzyk



„Postacie z twoich snów żrą z twojego talerza.”  S.J. Lec



biegnę przez wieczór
bez ubrań i boso
węże mnie okrążają
o uwagę proszą

biegnę, bo w domu czeka na mnie
mąż – piłkarz: z ogródkiem
i teściową
wiem, że wystarczy dostać się tam
do nich i krzyczeć pod oknem
o ratunek

muszę więc: znaleźć drewniany
zawieszony nad rzeką
most
dokoła ciemno jest, brudno
wciąż rośnie wężów stos

dobiegam rankiem, spocona
padam na beton pod drzwiami
przeżyłam
lecz most musiał spłonąć
bym mogła przywitać się z wami

czekam na męża – piłkarza
aż mnie uwolni od wężowych wrażeń
nic jednak nie słychać
nikt na dół nie schodzi
czuć tylko lepki powiew porannej
rosy,
która jest zajęta
ze słońcem
dzień płodzi

otwieram drzwi, drzwi skrzypią
mąż – piłkarz ma mnie w nosie
leży pod oknem z waty
w pokoju: metr na metr
lecz zanim będę go kochać
i za spóźnienie przeproszę
umyję swój obślizgły, wężowy smród
i gniew

teściowa się krząta za ścianą
nieświadoma, że przeze mnie
już nigdy nie powróci
na ląd

a ja udaję zmęczoną
i wchodzę pod prysznic
z ceraty
liczę, że wodą zagłuszę mój los
powoli i z ciągłym strachem
odkręcam kurek
 a w nim
dwa węże obślizgle, czarne
gotowe dręczyć mnie znów

wybiegam z kabiny i krzyczę
lecz obraz zachodzi już mgłą
zbudziłam swe ciało okrzykiem
dość snów mam na tę noc


22.04.2013, Wrocław

niedziela, 21 kwietnia 2013

Miałam sen, piękny sen


            Sen był miedziano-pąsowo-złocisty.
W ponurym, drewnianym domu dwoje dzieci bawiło się cichutko zabawkami. Misiem i samochodzikiem. Raz byłam dziewczynką a raz stałam z boku. Ani razu nie byłam chłopczykiem. Ładne były to dzieci. Grzeczne. Ułożone. Ona ubrana w sukienkę odciętą w pasie, do kolan i z kołnierzykiem. Lakierki obowiązkowe. A na to słodki, dziewczęcy płaszczyk z paskiem. On, młodszy pewnie, miał na sobie spodenki. Na szelki. I czapkę za dużą. Z daszkiem. Widok rodem z kartki Bożonarodzeniowej. Tym bardziej, że za oknem trzaskał mróz. Śnieg sypał niespiesznie wielkimi płatami. W ogóle ciemno było. Ale przyjemnie. Do czasu. Najpierw nad domem zawisła mgła. Potem, bez żadnego ostrzeżenia, dom zaczął płonąć. I dwoje dzieci, w tym ja – próbowały wydostać się jakoś z tego ponurego, drewnianego domu. Z dwoma zabawkami. Trzymając się za rękę. Nieprędko jednak – jak to w snach.
Wyszły szczęśliwie, nie wiem jednak jak. Niepewnie patrzyły na świat, który jawił się ogromny w jeszcze większych, przerażonych oczach. Ogień ich gonił. Doganiał strach. Noc natomiast stawała się jak sen cały. Miedziana. Pąsowa. Złota. Dzieci w tym złocie, w niepewnej godzinie dreptały za cieniami przez kamienny korytarz. Na ścianach widziały pochodnie płonące obficie. A przed nimi schody i droga do lochów. W dół. A za nimi? Nie odwracaj się, biegnij. Już nas dogania! Ogień! No, dawaj, biegnij – szybciej! Wciąż w dół. Z niemałym wysiłkiem, lecz w końcu uciekli. A w lochu zamiast kości – przepych, pełno ludzi oraz, co najważniejsze, muzyka. Sieroty znalazły się w podziemnym sklepie, wypchanym ciastkami po brzegi. Wąsko tam było i tłoczno. Tym razem nie byłam dziewczynką. Klientką się stałam. A może ekspedientką? Trudno spamiętać zważywszy na gwar, który nie ogrzewał przemarzniętych murów.  Ze zgrozą goniłam dzieci – intruzów. Nikt mi nie pomagał. A one beznamiętnie – z radością w oczach, uciekały przede mną robiąc bałagan na półkach. Przez chwilę było ciemno. Zastygli wszyscy wkoło. Nawet chłód zastygł milczeniem na chwilę. I znów sen cały wchłaniał swój przewodni kolor. Ogień dotarł do lochów. Co ludzie na to? Nic. Nic, tylko panika. Zmartwiona o dzieci zaczęłam ich szukać. Przy okazji chciałam znaleźć odpoczynek od słońca. Kilka ciemnych kroków. Kilka skrętów w lewo. Jedne drzwi. Zapukam. Drzwi się uchyliły, za nimi stał chłopak. A za nim przyjemna, bo chłodna komnata. I łóżko. Chłopak mnie przytulił, wściekle pocałował. I tam już zostałam. Bezwładna. Z dala od ognia, gorąca, ludzi i złota.
            Chociaż wstyd się przyznać, nawet o tamtych dzieciach zapomniałam, gdy szarpnął mnie za włosy swą silną, męską ręką.  I sen, mimo ciemności znów zrobił się niechcący miedziany. Pąsowy. Złoty. Tyle, że teraz przestał być udręką.

sobota, 20 kwietnia 2013

Dzień, zwykły dzień





Jaka ona niezdecydowana. Trzy razy zmienia zdanie w ciągu godzin raptem trzech. Albo nawet częściej. Nikt już nie wie. Ona sama wie najmniej.
A przecież jest tak, jak chyba być powinno. Nieźle. 
Rankiem, jak każdy, wykonuje podobny rytuał. Dobudzenie się. Ubieranie. Woda. Śniadanie. Zawsze coś smacznego. Kawa. Najważniejsza jest kawa. Rozpuszczalna i z mlekiem. Kilka spojrzeń w lusterko. Tuszowanie rzęs. O tak. Teraz lepiej, zdecydowanie. I koniecznie dawka głupawy, jeśli jest czas. Dawka głupawy, czyli krótki film animowany. Absurdalność. Intelektualne dopasowanie do świata przed wyruszeniem w dzień. Kilka zajęć. Rozmów kilka. Trochę ruchu. Zwłaszcza, że ruch to zdrowie. Naprawdę lepiej się ruszać więcej niż mniej. Lżej potem człowiekowi na duszy. Na ciele. I w ogóle lżej. Po załatwieniu kilku spraw, czasem kilkunastu - obiad. W zależności od chęci. Wszystko i zawsze zależy od chęci. Dlatego obiad będzie dopieszczony, dopracowany. Lub nie. Niezmiennie jednak smaczny. Potem książka jakaś. Bezlik muzyki. I obowiązki - rzecz jasna. Sprzątanie. Prasowanie. Nawet lubi prasować. Lubiłaby oczywiście bardziej, gdyby miała deskę do prasowania. A nie tak, na ręczniku. To niewygodne.
I w końcu najważniejszy punkt dnia. Spotkanie z nim. Wieczorem nie ma żadnych obowiązków. Dziś. Może się zatem  spotkać. Coś porobić. Spacer może? Może tak. Wychodzimy. I tak idąc, niewzruszona, zastanawia się, czy aby na pewno czekała na ten moment? Słucha jego opowieści. Ludzie przeważnie niewiele mają do powiedzenia. Zdań może ze dwa. Potem zaczyna się gadanina. I on ma tak jak inni. Ona też. Gadają o wszystkim i niczym. A potem wojna. To niemal rytuał. Nie, nie chcę się przytulać. Całować tym bardziej. Przykro mi, Skarbie, dzisiaj naprawdę nie. Wracajmy już lepiej. Wieczór przecież. Jeszcze mnie czeka relaksacja twarzy. I kąpiel długa. I może przeczytam kilka stron przed snem. Znając życie, przeczyta ze dwie. Albo trzy. Najpewniej wcale. Lubi się jednak oszukiwać, że robi to, co sobie zaplanuje. A przed snem, kiedy już zapisze swoje wzruszenia, wyrusza na poszukiwanie marzeń. I niby w ciągu dnia nie było chwili, której nie wypełniła. Nie wsadziła pustych godzin pod spódnicę. Nie jest źle. Tylko ten główny punkt programu. Ten spacer. I te rozmowy z nim – nie te.  A przecież jest chyba tak, jak powinno. Nieźle. Ale dobrze wcale. 

piątek, 19 kwietnia 2013

wehikuł

    



wystarczyłby wehikuł
jedyne
pięćset osiemdziesiąt pięć dni
byłabym
mądrzejsza

i mogłabym
bez drwin
pod ciepłym, miedzianym kocem
uśmiechnąć się do
słuchawki
by życzyć ci
dobrej
nocy

środa, 17 kwietnia 2013

pantofelek


stał na półce
wśród wielu złoconych, smarkatych
skromny i matowy
zwykły żołnierz w szeregu
bez cekinów, błyskotek
nie – hałaśliwie
nie – wywyższony
jakiś smutny
przyćmiony

przypadkiem wpadł mi w ręce
z niechęcią ubrałam
i zgrał się
jakby czekał na mnie
by ukazać swe
kopciuszkowe
oblicze





wtorek, 16 kwietnia 2013

Wszystko trwa tylko przez chwilę






Przez chwilę śmiejemy się z niecodziennej anegdoty. Czasem rozmawiamy nawet o sprawach istotnych dłużej niż chwilę. Na chwilę się rozstajemy, a potem trzymamy razem. Przez chwilę. Chwilę porozmawiamy z tymi lub tamtymi. Nie ma nic trwałego. Wszystko jest tylko na chwilę.

Ostatnio biegaliśmy w ciemnościach ciesząc się z kolejnej zabitej przez nas osoby. A potem też było miło. Chwilę. Nie wszyscy przecież umarliśmy dwadzieścia razy.  Otchłań rozpaczy nie trwała długo. Jedynie chwilę.  

Pamiętam, że przez chwilę uśmiechałeś się do mnie szeroko. A potem zamilkłeś jakoś smutno, ale tylko na chwilę. Chwila minęła, jak minęły trzy lata. 

A my dalej myślimy, że to co najlepsze przyjdzie do nas dopiero za chwilę. 

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

spodziewać się mogę prędzej ...


Ł. 

spodziewać się mogę prędzej
stu czystych słoni i stu zielonych krów
które zaskrzeczą rytmicznie
pod moim brudnym,
załzawionym
oknem
i jeszcze, że podczas którejś wyprawy
w gnój
złotem zaziębiona,
ołowiem przesiąknę
przemoknę
a nawet, że pisać
do ciebie ma sens
też prędzej bym
oczekiwała
niż
żebyś stanął,
uśmiechnął się,
i spytał zwyczajnie
mnie
wyłącznie mnie
czy reflektuję
na lampkę szampana?


czwartek, 11 kwietnia 2013

Wszystkie moje natchnienia!




 Moim Natchnieniom

wszystkie moje Natchnienia
niebiesko- , brązowookie
miedziane lub piegowate
brzydkie, łysawe, wysokie

te wszystkie słodkie niezdary
z większymi, mniejszymi darami

są ważne

(ostatnio zdarzyło się nawet
przypadkiem
Natchnienie przystojne
jak sam wszechobecny
diabeł)

wszystkim moim Natchnieniom
jak dziwka jestem oddana
wszystkim mym niespełnieniom
z zapałem poświęcam
trzy zdania

pierwsze – o moich rozterkach
drugie – o waleczności
trzecie – o  wartościowaniu
namiętnie zgwałconej
wolności

wszystkie moje natchnienia
ślad na mym sercu wyryły
wielkim – a czasem nieznacznym
gestem emocje wzbudziły

wszystkim moim Natchnieniom
sto razy chcę krzyknąć: dziękuję!
bo gdy jesteście, ja kipię
i bóle niezdarnie spisuję


sobota, 6 kwietnia 2013

mimo że wolne ptaki...




*


mimo że wolne ptaki podziwiam
i żaden nie będzie mi więźniem
we śnie cię mocno do ściany przyklejam
by cieszyć me serce twym sercem