w blasku maleńkich świateł stu
w ciszy, gdzie mózg wypełnia lawa
we wrzasku pozbawionym tchu
oszaleć chcę
czy w nocy błogiej
czy w zwykły dzień
wcale wybluzgać mogę swój lęk
nie nabrał mocy niemy już stres
sił nie ma wiara
niezdumiona świtem
pójdę na spacer
poszukam snów
poszukam marzeń złodobrowróżbnych
które mącą mym spełnieniem
niszczą siarką płatki róż
i wiatrów poszukam
co tęsknią wszechatomem
żałosnych mar nieukojonych
szukać będę
samotnie?
a jeśli trzeba – upadnę znów
pokornie radując się w uniesieniach
a jeśli zginę w zbyt gęstej mgle
to nie w błogości rozanielenia
zginę pąsowe wykrztuszając łzy
gardząc ideą świętego spokoju
i każdy atom, ten wytęskniony
wykrzyczy płuca wartkim chichotem
i z całą wiarą arcyniebłogą
zgrzyt będzie skomlił
że jest mu źle
i wszyscy, że źli
bo świat jest zbyt zły
prze – krętą goni drogą
i będzie krzyczał stres
i świt
i żale żałosne marnością istoty
lichej
niech wrzeszczy wszystko
byleby ból niósł treść i syk
byleby serce poczuło byt
oby zdumionym był każdy
świt
a każda wiara – głuchła swą chucią
żyła szaleństwem
oszołomiona
i krzykiem

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz