Pamiętam, jeszcze wczoraj
graliśmy w karty do świtu.
Siedziałeś naprzeciw mnie,
sztywny i przedziwnie
niedojrzały.
Niewiele padło słów przy wtórze
szaleńczych krzyków
przytłumionych ścianą marzeń.
Sączyliśmy w ciszy złocisty
alkohol
z lodem.
Ciemno i zimno było
na dworze.
I nie zapomnę twojego uśmiechu
pod koniec nierównej gry,
przedłużanej ostatnimi monetami
moich snów.
Tak blisko wygranej, niebezpiecznie blisko.
Dałeś mi nawet fory
a ja znów przegrałam
znów z Tobą,
z kretesem,
Panie Boże.