piątek, 29 marca 2013

Wszystko lśni...

***

Wszystko lśni.
Porządek wokół rośnie,
błysk.
Tu nie dzieje się nic dobrego.
Właśnie popiłam,
niechcący,
winem
lek.
Lęk.
I nawet zacerowałam dziurę w sweterku.
Nieskromnie stwierdzę, że jest to
najbrzydziej
zacerowana dziura
na świecie.
Tu nie dzieje się nic dobrego.
Ale ocaleję,
bo od lat
najtrudniej jest umrzeć.
Od tak.


niedziela, 24 marca 2013

wojownik z wydartą bronią


Nic chyba i nigdy nie wiedziałam na pewno. Jedno tylko, że nigdy - przenigdy nie należy przestać walczyć. Mierz w gwiazdy, dostaniesz gwiazdy. Mierz w drzewo - zderzysz się z konarem. 


Przypomniało mi się jeszcze, kiedy napisałam ten utwór. To był dzień premiery piosenki Myslovitz. Czekałam przy radiu z wypiekami na twarzy. Tym bardziej, że w głośnikach miał zabrzmieć głos nowego wokalisty zespołu, Michała. I doczekałam się. Trzy sny o tym samym od razu przypadły mi do gustu. Po krótkiej chwili można było piosenkę znaleźć w zasobach Internetu. Przesłuchałam jej więc jeszcze raz,  potem kolejny... Emocje potoczyły się jak lawina. Zaczęłam myśleć o sobie. O tym, że Ktoś zabrał mi ostatnio możliwość walki. Napisałam wiersz. I nagle zdałam sobie sprawę, że zanim włączyłam radio, włożyłam do piekarnika zapiekankę. Cóż, widocznie czasem trzeba nakarmić się samymi przeżyciami duchowymi.  


permanentne pragnienie czynu
przepadło
w głuchej i głębokiej studni
marzeń
pełnej echa
i wołania

tu bezradność skrzeczy
tutaj serce grzmi
ciemno mi – a ty się śmiejesz pod nosem, drwisz
pusto mi, Nieubłagany

wyrwałeś miecz z mej dłoni, drwisz
a mnie
została tylko ta
przeklęta i perłowa – ukochana
rękojeść
- jedyny bodziec niezapomnienia
mały posłaniec Don-owego czynu
to estetyczne przedkłosie nadziei

te piosenki
dudniące we mnie, i w tobie, i w nas

a ty drwisz odwrócony
choć prędko nie zamierzasz odejść

oddaj mój miecz!
podejdź i walcz!

walcz nieustająco
bo warto w walce gnić
walcz – póki płomień duszę
żyj – i pozwól żyć


środa, 20 marca 2013

Kilka pytań do Teresy


Powiedzże Tereso
co czułaś w tej godzinie
gdy strzałą swego Pana
doznałaś męki olbrzymiej?
Co czułaś gdy Twe palce
bezwładnie się podkurczały?
Czym byłaś
gdy Twe ciało
konwulsje wykrzywiały?
I kim był tamten Anioł
co mękę Twą przedłużał?
Czy ranną morską bryzą?
Czy skwarem w letni upał?
Czy słodki swym zapachem,
czy brzydki swoim głosem?
Co czułaś
kiedy strzała
ciała twego była druhem?
I teraz
jak się czujesz
po setkach długich lat
gdy Anioł twój z marmuru
stoi nad tobą rad
że mękę twą wydłużył
w wieczności przestrzeń całą
i, że te zgięte palce
na zawsze tak zostaną?
On jedną, krótką chwilą
porwał cię na wieki,
więc mówże,
mówże
wreszcie
co czujesz
cierpiąc… męki?

Bernini, Ekstaza Świętej Teresy

poniedziałek, 18 marca 2013

Gniew

         Spotykam na drodze przystojnego rowerzystę. Pomaga mi ze sflaczałą dętką. Jest uprzejmy ale zdystansowany. Mam dobry humor i chcę pogawędzić. Wygrywa jego dystans. Jest zajęty. Odchodzę. Trzeba siebie znosić z godnością. Myślę o wszystkich spotkanych przeze mnie mężczyznach, chłopcach raczej. Denerwują mnie ich reakcje na niektóre zdarzenia. Moje reakcje mnie denerwują. Przypomina mi się mój zmitologizowany obraz Ideała. Wyciągam zeszyt ze Spongebobem. I długopis. Zaczynam bazgrać pod wpływem tamtego epizodu, choć w ostateczności nie o nim piszę. Czasem jedno zdarzenie wywołuje natłok myśli. I dobrze, bo lubię ten wiersz.

Gniew unosi się pode mną
Wzrasta śpiesznie obłok chmur
Już roztacza się pył wstrętu
Wchłaniam krzyku gęsty znój

Powód – nader prosty jest
-  kochanie
Powód smutku dobrze znasz
Powód?
Nasze nierozstanie
 - zła wymiana niemych zdań

Na rozstaju dróg cyklicznych
Pozłacanych blaskiem lamp
Przystanąłeś uśmiechnięty
Kradnąc smutek siego dnia
Pogłaskałeś po omacku
Moich smaków lepki smar
Utuliłeś swym uśmiechem
Moje serce nierozumne
które wielbi iskier czar
które czeka na twój znak

Lecz
Zamilkłeś, niewzruszony
Ustawiając tamę z mgły

Więc
Odeszłam zasmucona
Oddaliłam się wśród chmur
A wśród kłębów, co ramiona
Plotą gruby złości sznur

Gniew unosi się nade mną
Krąży czarny obłok chmur
Bo to – nasze nierozstanie
To – bezradność głupców dwóch


niedziela, 17 marca 2013

o poczęciu


        Przeglądałam niedawno szufladę ze szpargałami i znalazłam rymowankę wypoconą prawdopodobnie w gimnazjum. Napisałam ją wtedy na twardej podkładce. Brzydki flamaster. Błędów tysiące. Pismo koślawe (to akurat nie uległo zmianie). Istna katastrofa. Ale ten zalążek spodobał mi się, dlatego postanowiłam go dopieścić - dopisać coś, coś wykreślić. I oto jest - w razie, gdyby ktoś nie miał pomysłu na uświadomienie swojej pociechy.   



krąży w świecie bajek sporo
o tym, skąd się dzieci biorą
lecz, Kochani – bądźmy szczerzy
czy ktoś dziś w bociany wierzy?

jak koniecznie wiedzieć chcecie
skąd wzięliście się na świecie
to najlepiej - dla porządku
zacząć trzeba od początku

najpierw los tak życie splata
że spotyka mamę - tata
i kochają się bez granic
rozstać już się nie chcą za nic

chcą być razem, zwłaszcza w nocy
przytuleni z całej mocy
bo gdy tulą się wzajemnie
wtedy im jest najprzyjemniej

miłość, Mili, bez gadania
dąży do dusz pojednania
łączy w uścisk nagie ciała
to jest zwykła rzecz i trwała 

w brzuchu mamy jest jajeczko
które krąży tam i czeka
aż je znajdzie wężyk mały
aby stworzyć z nim człowieka

jajko trwa i jest gotowe
zacząć życie całkiem nowe
gdy nasionko się z nim zwiąże
wtedy mama zajdzie w ciążę

i od chwili tej wytrwale
w brzuchu mamy rośnie malec

rośnie długo, nieustannie
praca wre, rosną mu członki
berbeć musi mieć tak oczy,
język, brzuch jak i korzonki

gdy osesek jest gotowy
by na świat wystawić głowę
kręci się, bo już chce chodzić
wtedy mama może rodzić

tak to wszystko się zaczyna
rosną dzieci i rodzina
i tak dziać się będzie dalej
byle wszyscy się kochali 


 

środa, 13 marca 2013

Klucz


Klęczę i brodzę
W ustach mam klucz
Długi i ciepły – nie oddam go już!

Pocę się, zmagam
Blisko cel czuć 

Ciało ogarnia paniczny strach
Że drzwi są zamknięte
Że trudno wstać
Nie! Teraz nie
Upadnę
Lecz poddać się, poddać każe mi czas

Niezdarnie szukam w ciemności dziury
Niezgrabnie przemierzam w lawinę snu
A sen się droczy pełen nicości
Już nie mam siły, już brak mi tchu

Bliżej, wciąż bliżej
Dalej i dalej
W prawo, czy w lewo?
W górę, czy w dół?
Opuszkiem nieczułym podążam i gładzę
Znajdę cię, dojdę cię
Cel blisko czuć

Serce kołacze, i stoi, i dmie
Już późno, już zmierzcha

No! Otwórz się!

Potworna siła ogarnia przepaść
W ciele się wije stalowy głaz
Ręce mi więdną, usta łomocą
Nie dam się, nie chcę, nie dorwiesz nas!

Już mnie dogania?
Już mnie porywa?
Klucz miałam w ustach
Zgubiłam klucz

Już nic nie wskóra
Mój blady jęk
Już blisko

Z wierzchu i wierzchem
Porywa siła
Znów jeździec triumfuje
W parszywej grze

Jeszcze raz – proszę
Pokażcie mi drzwi
Ja je otworzę
Nim świt… już świt?

Bez strachu, niegracji, bez fal bezradności
Nie – naga
Nie – tęga
Odziana mądrością
Już znam tę drogę, nie lękam się

Jeźdźcu bezczelny – powtórzmy grę
 

wtorek, 12 marca 2013

Człowiecze


Na cześć miłości trupio – żywej
Na cześć miłości, w której trwasz

Niech ją pochłonie
Piekielny ogień
Radosnych żalów
Niech skończy się czas

Niechaj nastaną wieczory puste
Niechaj odurza cię Piotrów śpiew
Ciszą śmiertelną uchlej się w tłumie
Tętniące ognie
Niech krzepną we mgle

Olejem i smarem
Krwią wybieloną
Wypełniaj żylne pragnienie dni
Niechaj na nowo zrodzi się człowiek
Z wydartym sercem
Z wyczuciem chwil

Jeżeli wiara stanowi tamę
Jeżeli myśli stanowią brak
Jeśli bezmocą katuje cię wola
Nie wierz, nie słuchaj
Opuść ten wrak

Ukoi mikstura żywotności plemię
Wylej ją z duszy
Pozbądź się miar

Znajdź skałę, która leczy
Znajdź myśli warte skał

I żegnaj śpiewem swą miłość okrutną
Automiłość
Tę, w której trwasz


środa, 6 marca 2013

owca


nim wpadnę w otchłań nicości
nim wpadnę w okrutną, złą pustkę
pochłoń mnie, proszę – Radości
pochłoń mnie, zdobądź
nim usnę

przemierzam cykl bezustannie
przesuwam wskazówki jałowe
na niepozłacanej tarczy
sprawy są niekolorowe

idę jak demon za stadem
nieczarna, niebiała, niewszystka
stado mym drogowskazem
lecz gdzie jest – Radości – ma skrytka?

dalej, wciąż dalej kroczymy
dalej i dalej – cyklicznie
masa przesuwa wskazówki
masa mym władcą i panem
masa. kultura. technika.
pochłania swoim niechlujstwem
szczurowisko

nim mnie dopadną złe moce
nim szczęście rozkruszy się w proch
nim połkniesz mnie
zeżresz – Szatanie,
pokaż – Radości – swą moc

znałam tak wiele rozkoszy
znałam rozkosze przez ból
nim mrok me ciało rozproszy
ześlij – Radości – kłów rój

oddam się tobie bez słowa
z powagą Lorda Morte
jak dama nie-doświadczona
zachowam się

jeśli przyrzekniesz mym zmysłom
że mnie pochłoniesz
nim usnę
że twą powłokę puszystą
odzieję w krzaczyskach róż
że twe jedwabne oblicze
nie w snach
nie z tłumem
lecz ujrzę
- to będę czekać cierpliwie.
niecierpliwie i nietłumnie
od teraz, od zaraz, od już

odejdę nawet od stada
by nie mieć złej miny
nim usnę

mnie nie zostawiaj w tej drodze
mnie nie przesuwać
lecz trwać


wtorek, 5 marca 2013

Wróciłam z nieba...


Wróciłam z nieba
przed chwilą
i miło było, ach! Miło!
nawet ja tam byłam
w tej fali ekstazy
Słowem tego nie wyrażę
Uśmiechem? - Może
może wzrokiem – spojrzeniem błogim?
no – no może
Moje niebo jest malutkie.
Skromne i boleścią dmie.
Leję w nim łzy szczęśliwe i arcynieszczęśliwe.
Lecz tam – twoje ciało ogniem chłodzące
Przytula mnie tak mocno
tak mocno…
że tchu brak
i siły
na podniebną ekstazę
brak siły
by umrzeć, by cieszyć się, kosztować
a jednak w Tym niebie, Ten łomot
serca. Ta zimna ręka mojego oprawcy
koją mą duszę chociaż na chwilę
Bo walisz, walisz w me serce toporem
trzy godziny
Akurat wtedy, calutkie trzy godziny

Ty – mój brutalu 
Ty – Jesteś – Dla Mnie i na mnie
skupiony, i przy mnie...
i w ogóle obok – blisko i daleko
calutkie trzy godziny
nieba
Bo – jak mówiłam, moje niebo jest:
skromne i krótkie
ale nawet taka ja
taka śmieszna ja
tam byłam
lecz już – przed chwilą – wróciłam.


doba


budzi się z wizją wyidealizowaną
powietrze wdycha łapczywie
autodestrukcyjnie i nielitościwie
bo musi
po kilku skłonach
gdy załatwił już swe konwencjonalne potrzeby
zmęczony i zrozpaczony
zerka w stronę zegara
co zęby wyszczerza szyderczo
i mówi – późno
mówi – pora spać
zanurza się w otchłań zapomnienia sennego
a w otchłani, w tej wielkiej otchłani
ściąga swą maskę
którą trzymał kurczowo za dnia 
na starzejących się licach
w otchłani słucha rad swej
wszechwiedzącej podświadomości
i słucha, i chłonie – uporczywie oraz pilnie
i już wie, jak ma żyć
czego nie dostrzegł w słońca promieniach
i odziany wiedzą belfra swego,
wszechmądrego
budzi się z wizją wyidealizowaną
powietrze chwyta łapczywie
autodestrukcyjnie i nielitościwie
bo musi


warkot silników


w oddali słychać warkot silników
szaleje burza
unosi gniew
mąż żonę bije
bez opamiętania
bez pamięci o dobrym
wylewa się niewinnych krew

warkot silników ustaje
ustają z wolna burze
i gniew
żona siedzi skulona pod ścianą
przytula dziecię do piersi swej
żona pobita
upokorzona
człowiek pożarty jak sarna przez lwa

w oddali cichnie warkot silników
jedyny odgłos niosący wieść
do małej, cichej przystani
w której ja
i ty
i szczęście
pragnący nie słyszeć już nigdy
warkotu silników