niedziela, 21 kwietnia 2013

Miałam sen, piękny sen


            Sen był miedziano-pąsowo-złocisty.
W ponurym, drewnianym domu dwoje dzieci bawiło się cichutko zabawkami. Misiem i samochodzikiem. Raz byłam dziewczynką a raz stałam z boku. Ani razu nie byłam chłopczykiem. Ładne były to dzieci. Grzeczne. Ułożone. Ona ubrana w sukienkę odciętą w pasie, do kolan i z kołnierzykiem. Lakierki obowiązkowe. A na to słodki, dziewczęcy płaszczyk z paskiem. On, młodszy pewnie, miał na sobie spodenki. Na szelki. I czapkę za dużą. Z daszkiem. Widok rodem z kartki Bożonarodzeniowej. Tym bardziej, że za oknem trzaskał mróz. Śnieg sypał niespiesznie wielkimi płatami. W ogóle ciemno było. Ale przyjemnie. Do czasu. Najpierw nad domem zawisła mgła. Potem, bez żadnego ostrzeżenia, dom zaczął płonąć. I dwoje dzieci, w tym ja – próbowały wydostać się jakoś z tego ponurego, drewnianego domu. Z dwoma zabawkami. Trzymając się za rękę. Nieprędko jednak – jak to w snach.
Wyszły szczęśliwie, nie wiem jednak jak. Niepewnie patrzyły na świat, który jawił się ogromny w jeszcze większych, przerażonych oczach. Ogień ich gonił. Doganiał strach. Noc natomiast stawała się jak sen cały. Miedziana. Pąsowa. Złota. Dzieci w tym złocie, w niepewnej godzinie dreptały za cieniami przez kamienny korytarz. Na ścianach widziały pochodnie płonące obficie. A przed nimi schody i droga do lochów. W dół. A za nimi? Nie odwracaj się, biegnij. Już nas dogania! Ogień! No, dawaj, biegnij – szybciej! Wciąż w dół. Z niemałym wysiłkiem, lecz w końcu uciekli. A w lochu zamiast kości – przepych, pełno ludzi oraz, co najważniejsze, muzyka. Sieroty znalazły się w podziemnym sklepie, wypchanym ciastkami po brzegi. Wąsko tam było i tłoczno. Tym razem nie byłam dziewczynką. Klientką się stałam. A może ekspedientką? Trudno spamiętać zważywszy na gwar, który nie ogrzewał przemarzniętych murów.  Ze zgrozą goniłam dzieci – intruzów. Nikt mi nie pomagał. A one beznamiętnie – z radością w oczach, uciekały przede mną robiąc bałagan na półkach. Przez chwilę było ciemno. Zastygli wszyscy wkoło. Nawet chłód zastygł milczeniem na chwilę. I znów sen cały wchłaniał swój przewodni kolor. Ogień dotarł do lochów. Co ludzie na to? Nic. Nic, tylko panika. Zmartwiona o dzieci zaczęłam ich szukać. Przy okazji chciałam znaleźć odpoczynek od słońca. Kilka ciemnych kroków. Kilka skrętów w lewo. Jedne drzwi. Zapukam. Drzwi się uchyliły, za nimi stał chłopak. A za nim przyjemna, bo chłodna komnata. I łóżko. Chłopak mnie przytulił, wściekle pocałował. I tam już zostałam. Bezwładna. Z dala od ognia, gorąca, ludzi i złota.
            Chociaż wstyd się przyznać, nawet o tamtych dzieciach zapomniałam, gdy szarpnął mnie za włosy swą silną, męską ręką.  I sen, mimo ciemności znów zrobił się niechcący miedziany. Pąsowy. Złoty. Tyle, że teraz przestał być udręką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz