Sen był miedziano-pąsowo-złocisty.
W ponurym, drewnianym
domu dwoje dzieci bawiło się cichutko zabawkami. Misiem i samochodzikiem. Raz
byłam dziewczynką a raz stałam z boku. Ani razu nie byłam chłopczykiem. Ładne
były to dzieci. Grzeczne. Ułożone. Ona ubrana w sukienkę odciętą w pasie, do
kolan i z kołnierzykiem. Lakierki obowiązkowe. A na to słodki, dziewczęcy
płaszczyk z paskiem. On, młodszy pewnie, miał na sobie spodenki. Na szelki. I
czapkę za dużą. Z daszkiem. Widok rodem z kartki Bożonarodzeniowej. Tym
bardziej, że za oknem trzaskał mróz. Śnieg sypał niespiesznie wielkimi płatami.
W ogóle ciemno było. Ale przyjemnie. Do czasu. Najpierw nad domem zawisła mgła.
Potem, bez żadnego ostrzeżenia, dom zaczął płonąć. I dwoje dzieci, w tym ja –
próbowały wydostać się jakoś z tego ponurego, drewnianego domu. Z dwoma
zabawkami. Trzymając się za rękę. Nieprędko jednak – jak to w snach.
Wyszły szczęśliwie, nie
wiem jednak jak. Niepewnie patrzyły na świat, który jawił się ogromny w jeszcze
większych, przerażonych oczach. Ogień ich gonił. Doganiał strach. Noc natomiast
stawała się jak sen cały. Miedziana. Pąsowa. Złota. Dzieci w tym złocie, w niepewnej
godzinie dreptały za cieniami przez kamienny korytarz. Na ścianach widziały pochodnie
płonące obficie. A przed nimi schody i droga do lochów. W dół. A za nimi? Nie odwracaj się, biegnij. Już nas dogania!
Ogień! No, dawaj, biegnij – szybciej! Wciąż w dół. Z niemałym wysiłkiem,
lecz w końcu uciekli. A w lochu zamiast kości – przepych, pełno ludzi oraz, co
najważniejsze, muzyka. Sieroty znalazły się w podziemnym sklepie, wypchanym
ciastkami po brzegi. Wąsko tam było i tłoczno. Tym razem nie byłam dziewczynką.
Klientką się stałam. A może ekspedientką? Trudno spamiętać zważywszy na gwar,
który nie ogrzewał przemarzniętych murów.
Ze zgrozą goniłam dzieci – intruzów. Nikt mi nie pomagał. A one
beznamiętnie – z radością w oczach, uciekały przede mną robiąc bałagan na
półkach. Przez chwilę było ciemno. Zastygli wszyscy wkoło. Nawet chłód zastygł
milczeniem na chwilę. I znów sen cały wchłaniał swój przewodni kolor. Ogień
dotarł do lochów. Co ludzie na to? Nic. Nic, tylko panika. Zmartwiona o dzieci
zaczęłam ich szukać. Przy okazji chciałam znaleźć odpoczynek od słońca. Kilka
ciemnych kroków. Kilka skrętów w lewo. Jedne drzwi. Zapukam. Drzwi się uchyliły, za nimi stał chłopak. A za nim
przyjemna, bo chłodna komnata. I łóżko. Chłopak mnie przytulił, wściekle
pocałował. I tam już zostałam. Bezwładna. Z dala od ognia, gorąca, ludzi i
złota.
Chociaż wstyd się przyznać, nawet o tamtych dzieciach
zapomniałam, gdy szarpnął mnie za włosy swą silną, męską ręką. I sen, mimo ciemności znów zrobił się niechcący
miedziany. Pąsowy. Złoty. Tyle, że teraz przestał być udręką.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz