środa, 13 marca 2013

Klucz


Klęczę i brodzę
W ustach mam klucz
Długi i ciepły – nie oddam go już!

Pocę się, zmagam
Blisko cel czuć 

Ciało ogarnia paniczny strach
Że drzwi są zamknięte
Że trudno wstać
Nie! Teraz nie
Upadnę
Lecz poddać się, poddać każe mi czas

Niezdarnie szukam w ciemności dziury
Niezgrabnie przemierzam w lawinę snu
A sen się droczy pełen nicości
Już nie mam siły, już brak mi tchu

Bliżej, wciąż bliżej
Dalej i dalej
W prawo, czy w lewo?
W górę, czy w dół?
Opuszkiem nieczułym podążam i gładzę
Znajdę cię, dojdę cię
Cel blisko czuć

Serce kołacze, i stoi, i dmie
Już późno, już zmierzcha

No! Otwórz się!

Potworna siła ogarnia przepaść
W ciele się wije stalowy głaz
Ręce mi więdną, usta łomocą
Nie dam się, nie chcę, nie dorwiesz nas!

Już mnie dogania?
Już mnie porywa?
Klucz miałam w ustach
Zgubiłam klucz

Już nic nie wskóra
Mój blady jęk
Już blisko

Z wierzchu i wierzchem
Porywa siła
Znów jeździec triumfuje
W parszywej grze

Jeszcze raz – proszę
Pokażcie mi drzwi
Ja je otworzę
Nim świt… już świt?

Bez strachu, niegracji, bez fal bezradności
Nie – naga
Nie – tęga
Odziana mądrością
Już znam tę drogę, nie lękam się

Jeźdźcu bezczelny – powtórzmy grę
 

wtorek, 12 marca 2013

Człowiecze


Na cześć miłości trupio – żywej
Na cześć miłości, w której trwasz

Niech ją pochłonie
Piekielny ogień
Radosnych żalów
Niech skończy się czas

Niechaj nastaną wieczory puste
Niechaj odurza cię Piotrów śpiew
Ciszą śmiertelną uchlej się w tłumie
Tętniące ognie
Niech krzepną we mgle

Olejem i smarem
Krwią wybieloną
Wypełniaj żylne pragnienie dni
Niechaj na nowo zrodzi się człowiek
Z wydartym sercem
Z wyczuciem chwil

Jeżeli wiara stanowi tamę
Jeżeli myśli stanowią brak
Jeśli bezmocą katuje cię wola
Nie wierz, nie słuchaj
Opuść ten wrak

Ukoi mikstura żywotności plemię
Wylej ją z duszy
Pozbądź się miar

Znajdź skałę, która leczy
Znajdź myśli warte skał

I żegnaj śpiewem swą miłość okrutną
Automiłość
Tę, w której trwasz


środa, 6 marca 2013

owca


nim wpadnę w otchłań nicości
nim wpadnę w okrutną, złą pustkę
pochłoń mnie, proszę – Radości
pochłoń mnie, zdobądź
nim usnę

przemierzam cykl bezustannie
przesuwam wskazówki jałowe
na niepozłacanej tarczy
sprawy są niekolorowe

idę jak demon za stadem
nieczarna, niebiała, niewszystka
stado mym drogowskazem
lecz gdzie jest – Radości – ma skrytka?

dalej, wciąż dalej kroczymy
dalej i dalej – cyklicznie
masa przesuwa wskazówki
masa mym władcą i panem
masa. kultura. technika.
pochłania swoim niechlujstwem
szczurowisko

nim mnie dopadną złe moce
nim szczęście rozkruszy się w proch
nim połkniesz mnie
zeżresz – Szatanie,
pokaż – Radości – swą moc

znałam tak wiele rozkoszy
znałam rozkosze przez ból
nim mrok me ciało rozproszy
ześlij – Radości – kłów rój

oddam się tobie bez słowa
z powagą Lorda Morte
jak dama nie-doświadczona
zachowam się

jeśli przyrzekniesz mym zmysłom
że mnie pochłoniesz
nim usnę
że twą powłokę puszystą
odzieję w krzaczyskach róż
że twe jedwabne oblicze
nie w snach
nie z tłumem
lecz ujrzę
- to będę czekać cierpliwie.
niecierpliwie i nietłumnie
od teraz, od zaraz, od już

odejdę nawet od stada
by nie mieć złej miny
nim usnę

mnie nie zostawiaj w tej drodze
mnie nie przesuwać
lecz trwać


wtorek, 5 marca 2013

Wróciłam z nieba...


Wróciłam z nieba
przed chwilą
i miło było, ach! Miło!
nawet ja tam byłam
w tej fali ekstazy
Słowem tego nie wyrażę
Uśmiechem? - Może
może wzrokiem – spojrzeniem błogim?
no – no może
Moje niebo jest malutkie.
Skromne i boleścią dmie.
Leję w nim łzy szczęśliwe i arcynieszczęśliwe.
Lecz tam – twoje ciało ogniem chłodzące
Przytula mnie tak mocno
tak mocno…
że tchu brak
i siły
na podniebną ekstazę
brak siły
by umrzeć, by cieszyć się, kosztować
a jednak w Tym niebie, Ten łomot
serca. Ta zimna ręka mojego oprawcy
koją mą duszę chociaż na chwilę
Bo walisz, walisz w me serce toporem
trzy godziny
Akurat wtedy, calutkie trzy godziny

Ty – mój brutalu 
Ty – Jesteś – Dla Mnie i na mnie
skupiony, i przy mnie...
i w ogóle obok – blisko i daleko
calutkie trzy godziny
nieba
Bo – jak mówiłam, moje niebo jest:
skromne i krótkie
ale nawet taka ja
taka śmieszna ja
tam byłam
lecz już – przed chwilą – wróciłam.


doba


budzi się z wizją wyidealizowaną
powietrze wdycha łapczywie
autodestrukcyjnie i nielitościwie
bo musi
po kilku skłonach
gdy załatwił już swe konwencjonalne potrzeby
zmęczony i zrozpaczony
zerka w stronę zegara
co zęby wyszczerza szyderczo
i mówi – późno
mówi – pora spać
zanurza się w otchłań zapomnienia sennego
a w otchłani, w tej wielkiej otchłani
ściąga swą maskę
którą trzymał kurczowo za dnia 
na starzejących się licach
w otchłani słucha rad swej
wszechwiedzącej podświadomości
i słucha, i chłonie – uporczywie oraz pilnie
i już wie, jak ma żyć
czego nie dostrzegł w słońca promieniach
i odziany wiedzą belfra swego,
wszechmądrego
budzi się z wizją wyidealizowaną
powietrze chwyta łapczywie
autodestrukcyjnie i nielitościwie
bo musi


warkot silników


w oddali słychać warkot silników
szaleje burza
unosi gniew
mąż żonę bije
bez opamiętania
bez pamięci o dobrym
wylewa się niewinnych krew

warkot silników ustaje
ustają z wolna burze
i gniew
żona siedzi skulona pod ścianą
przytula dziecię do piersi swej
żona pobita
upokorzona
człowiek pożarty jak sarna przez lwa

w oddali cichnie warkot silników
jedyny odgłos niosący wieść
do małej, cichej przystani
w której ja
i ty
i szczęście
pragnący nie słyszeć już nigdy
warkotu silników