Nagle okazuje się, że muzyka to
nie jest takie zwykłe, nieokreślone "coś", które stanowi tło
wieczornych schadzek. Nieoczekiwanie pojawia się zespół, który sprawia, że
chcemy mieć muzykę obok siebie, przy sobie, na sobie i w sobie. A to dopiero
początek znajomości.
Coma.
Pierwszy zespół, którym się prawdziwie zachłysnęłam. Zupełnie niespodziewanie
stałam się „zaCOMowAną naCOMAnką” . Nie ma dnia, w którym nie wysłucham
choć jednej z ich piosenek. Nie ma piosenki, której bym nie polubiła (w
najgorszym razie). Istnieje plejada utworów, którymi wprost nie mogę się
nasycić. Są takie nuty, które mnie oszałamiają.
Pierwszą pokochaną przeze mnie
piosenką byłaLos cebula i
krokodyle łzyzCzerwonego Albumu. I tak się
zaczęło. Co jakiś czas zakochuję się na nowo w kolejnych utworach –Lśnieniu, Archipelagach,Ekharcie, Trujących roślinach…
- próżno wymieniać. Tych pięknych jest przecież tak wiele. Głos wokalisty,
Piotra Roguckiego, wypełnia moją duszę. Jest niezwykły. Głęboki. Męski. Silny.
Jego mi trzeba, by czuć się lepiej. Tego głosu nie może zabraknąć w moim
codziennym jadłospisie. Tym bardziej, i to powinnam wymienić na początku,
że wczesna twórczość Roguckiego – tekściarza stanowi źródło mojej inspiracji.
Poezja jest
dla mnie ważnym pierwiastkiem w życiu. Nie czuję się poetą, nigdy tak siebie
nie nazywam, ale czasami dopada mnie tak zwana wena – akt twórczy. Rozumiem go
jako silne przeżycie wewnętrzne, które z całych sił – w jednej chwili pragnie
wypluć swoje jestestwo. I, na szczęście, wypluwa je. Na papier. Wiersza nie
pisze się długopisem. Wiersz pisze się emocjami. W silnym szale, w samotny
dzień, na skrawku papieru i z zamkniętymi oczami. Właściwie źle się wyrażam.
Wiersza w ogóle się nie pisze. Nie w pierwszej kolejności. To dusza rzyga
nadmiarem skumulowanych w niej emocji. Emocje, które nią władają, zbierają w
chwili tworzenia swój okupiony cierpieniem, słodki plon. Dopiero kiedy te
najsilniejsze emocje opadną, można przejść do drugiego etapu. Do pisania, czyli
zestawiania przy sobie ładnych, pozostających we wzajemnym napięciu i zdumieniu
słów. Szlifować utwór należy oczywiście od razu, póki emocje mu
towarzyszące nie znikną całkowicie. Trzeba czuć to co się tworzy – inaczej
brakuje chęci do kolejnych poprawek. Poza tym zwlekanie grozi utratą koncepcji,
a tego nikt sobie nie życzy. Rzecz jasna, żaden wiersz nie pozostaje ukończony
– przynajmniej w oczach twórcy. Artysta zawsze widzi możliwość polepszenia
swojego dzieła. Tak jest również z poetami. Zawsze można lepiej, więcej,
sprawniej.
Od czasu
pojawienia się w mojej duszy miłości do zespołu Coma mój akt twórczy często
jest pobudzany przez ich piosenki. Wygląda to mniej więcej tak. Słucham utworu.
Rogucki rozbrzmiewa w głośnikach raz, drugi i dziesiąty. Czuję to. Z mojego
wnętrza wydostają się skrywane dotąd przeżycia. Chwytam się jakiejś myśli.
Sięgam po długopis, zeszyt. I zaczynają się ze mnie wylewać słowa. Wyłączam
muzykę. Poprawiam wersy, przypadki, brzmienie. Tworzę. I to jest cudowne.
„Niech będzie chwała za ten czas!” – jakby zaśpiewał Piotr. I chwała tobie,
Piotrze, za twe wczesne teksty, za to, że dzięki nim coś się we mnie zmienia. A
za każdym razem, kiedy piszę nowy wiersz, coś się zmienia. Powstaje kolejna
cegiełka do zamku, który ma symbolizować moje wnętrze i wartości, które się w
nim, mam nadzieję, skrywają.
Nie potrafię
udolnie kończyć swoich myśli. Ale podział na początki i końce, to tylko
sztuczne, stworzone przez zwykły pragmatyzm, ludzkie podziały. Nie kończę
zatem słowem. To są zbyt ważne kwestie, by je urywać po paru linijkach komentarza.
Zakończę myśl jedną z moich ulubionych piosenek.
Nic chyba i
nigdy nie wiedziałam na pewno. Jedno tylko, że nigdy - przenigdy nie należy
przestać walczyć. Mierz w gwiazdy, dostaniesz gwiazdy. Mierz w drzewo -
zderzysz się z konarem.
Przypomniało
mi się jeszcze, kiedy napisałam ten utwór. To był dzień premiery piosenki Myslovitz.
Czekałam przy radiu z wypiekami na twarzy. Tym bardziej, że w głośnikach miał
zabrzmieć głos nowego wokalisty zespołu, Michała. I doczekałam się.Trzy sny o tym samymod razu przypadły mi do gustu. Po
krótkiej chwili można było piosenkę znaleźć w zasobach Internetu. Przesłuchałam
jej więc jeszcze raz, potem kolejny... Emocje
potoczyły się jak lawina. Zaczęłam myśleć o sobie. O tym, że Ktoś zabrał mi
ostatnio możliwość walki. Napisałam wiersz. I nagle zdałam sobie sprawę,
że zanim włączyłam radio, włożyłam do piekarnika zapiekankę. Cóż, widocznie
czasem trzeba nakarmić się samymi przeżyciami duchowymi.