piątek, 5 kwietnia 2013

codzienność


w blasku maleńkich świateł stu
w ciszy, gdzie mózg wypełnia lawa
we wrzasku pozbawionym tchu
oszaleć chcę

czy w nocy błogiej
czy w zwykły dzień
wcale wybluzgać mogę swój lęk
nie nabrał mocy niemy już stres
sił nie ma wiara
niezdumiona świtem

pójdę na spacer
poszukam snów
poszukam marzeń złodobrowróżbnych
które mącą mym spełnieniem
niszczą siarką płatki róż

i wiatrów poszukam
co tęsknią wszechatomem
żałosnych mar nieukojonych
szukać będę
samotnie?

a jeśli trzeba – upadnę znów
pokornie radując się w uniesieniach

a jeśli zginę w zbyt gęstej mgle
to nie w błogości rozanielenia

zginę pąsowe wykrztuszając łzy
gardząc ideą świętego spokoju
i każdy atom, ten wytęskniony
wykrzyczy płuca wartkim chichotem

i z całą wiarą arcyniebłogą
zgrzyt będzie skomlił
że jest mu źle
i wszyscy, że źli
bo świat jest zbyt zły
prze – krętą goni drogą
i będzie krzyczał stres
i świt
i żale żałosne marnością istoty
lichej

niech wrzeszczy wszystko
byle uczuciem  
byleby ból niósł treść i syk
byleby serce poczuło byt

oby zdumionym był każdy
świt
a każda wiara – głuchła swą chucią
żyła szaleństwem
oszołomiona
i krzykiem


czwartek, 4 kwietnia 2013

O Comie. I poezji. O tym, co ważne.


Nagle okazuje się, że muzyka to nie jest takie zwykłe, nieokreślone "coś", które stanowi tło wieczornych schadzek. Nieoczekiwanie pojawia się zespół, który sprawia, że chcemy mieć muzykę obok siebie, przy sobie, na sobie i w sobie. A to dopiero początek znajomości. 

Coma. Pierwszy zespół, którym się prawdziwie zachłysnęłam. Zupełnie niespodziewanie stałam się „zaCOMowAną naCOMAnką” .  Nie ma dnia, w którym nie wysłucham choć jednej z ich piosenek. Nie ma piosenki, której bym nie polubiła (w najgorszym razie). Istnieje plejada utworów, którymi wprost nie mogę się nasycić. Są takie nuty, które mnie oszałamiają.
Pierwszą pokochaną przeze mnie piosenką była Los cebula i krokodyle łzy z Czerwonego Albumu. I tak się zaczęło. Co jakiś czas zakochuję się na nowo w kolejnych utworach – Lśnieniu, Archipelagach, Ekharcie, Trujących roślinach… - próżno wymieniać. Tych pięknych jest przecież tak wiele. Głos wokalisty, Piotra Roguckiego, wypełnia moją duszę. Jest niezwykły. Głęboki. Męski. Silny. Jego mi trzeba, by czuć się lepiej. Tego głosu nie może zabraknąć w moim codziennym jadłospisie. Tym bardziej, i to powinnam wymienić na początku,  że wczesna twórczość Roguckiego – tekściarza stanowi źródło mojej inspiracji.
Poezja jest dla mnie ważnym pierwiastkiem w życiu. Nie czuję się poetą, nigdy tak siebie nie nazywam, ale czasami dopada mnie tak zwana wena – akt twórczy. Rozumiem go jako silne przeżycie wewnętrzne, które z całych sił – w jednej chwili pragnie wypluć swoje jestestwo. I, na szczęście, wypluwa je. Na papier. Wiersza nie pisze się długopisem. Wiersz pisze się emocjami. W silnym szale, w samotny dzień, na skrawku papieru i z zamkniętymi oczami. Właściwie źle się wyrażam. Wiersza w ogóle się nie pisze. Nie w pierwszej kolejności. To dusza rzyga nadmiarem skumulowanych w niej emocji. Emocje, które nią władają, zbierają w chwili tworzenia swój okupiony cierpieniem, słodki plon. Dopiero kiedy te najsilniejsze emocje opadną, można przejść do drugiego etapu. Do pisania, czyli zestawiania przy sobie ładnych, pozostających we wzajemnym napięciu i zdumieniu słów.  Szlifować utwór należy oczywiście od razu, póki emocje mu towarzyszące nie znikną całkowicie. Trzeba czuć to co się tworzy – inaczej brakuje chęci do kolejnych poprawek. Poza tym zwlekanie grozi utratą koncepcji, a tego nikt sobie nie życzy. Rzecz jasna, żaden wiersz nie pozostaje ukończony – przynajmniej w oczach twórcy. Artysta zawsze widzi możliwość polepszenia swojego dzieła. Tak jest również z poetami. Zawsze można lepiej, więcej, sprawniej.
Od czasu pojawienia się w mojej duszy miłości do zespołu Coma mój akt twórczy często jest pobudzany przez ich piosenki. Wygląda to mniej więcej tak. Słucham utworu. Rogucki rozbrzmiewa w głośnikach raz, drugi i dziesiąty. Czuję to. Z mojego wnętrza wydostają się skrywane dotąd przeżycia. Chwytam się jakiejś myśli. Sięgam po długopis, zeszyt. I zaczynają się ze mnie wylewać słowa. Wyłączam muzykę. Poprawiam wersy, przypadki, brzmienie. Tworzę. I to jest cudowne. „Niech będzie chwała za ten czas!” – jakby zaśpiewał Piotr. I chwała tobie, Piotrze, za twe wczesne teksty, za to, że dzięki nim coś się we mnie zmienia. A za każdym razem, kiedy piszę nowy wiersz, coś się zmienia. Powstaje kolejna cegiełka do zamku, który ma symbolizować moje wnętrze i wartości, które się w nim, mam nadzieję, skrywają.
Nie potrafię udolnie kończyć swoich myśli. Ale podział na początki i końce, to tylko sztuczne, stworzone przez zwykły pragmatyzm, ludzkie podziały.  Nie kończę zatem słowem. To są zbyt ważne kwestie, by je urywać po paru linijkach komentarza.  Zakończę myśl jedną z moich ulubionych piosenek.






wtorek, 2 kwietnia 2013

życzenie



w tym wierszu nie będzie nic
ale napiszę słów kilka:

chciałabym domek z ogródkiem
i psa – miniaturkę wilka
i byś mnie całował w palec
co zmierzch, delikatnie
bez cła
i jeszcze
bym mogła snuć żale
o suchych bez ciebie
pijanych
dniach







piątek, 29 marca 2013

Wszystko lśni...

***

Wszystko lśni.
Porządek wokół rośnie,
błysk.
Tu nie dzieje się nic dobrego.
Właśnie popiłam,
niechcący,
winem
lek.
Lęk.
I nawet zacerowałam dziurę w sweterku.
Nieskromnie stwierdzę, że jest to
najbrzydziej
zacerowana dziura
na świecie.
Tu nie dzieje się nic dobrego.
Ale ocaleję,
bo od lat
najtrudniej jest umrzeć.
Od tak.


niedziela, 24 marca 2013

wojownik z wydartą bronią


Nic chyba i nigdy nie wiedziałam na pewno. Jedno tylko, że nigdy - przenigdy nie należy przestać walczyć. Mierz w gwiazdy, dostaniesz gwiazdy. Mierz w drzewo - zderzysz się z konarem. 


Przypomniało mi się jeszcze, kiedy napisałam ten utwór. To był dzień premiery piosenki Myslovitz. Czekałam przy radiu z wypiekami na twarzy. Tym bardziej, że w głośnikach miał zabrzmieć głos nowego wokalisty zespołu, Michała. I doczekałam się. Trzy sny o tym samym od razu przypadły mi do gustu. Po krótkiej chwili można było piosenkę znaleźć w zasobach Internetu. Przesłuchałam jej więc jeszcze raz,  potem kolejny... Emocje potoczyły się jak lawina. Zaczęłam myśleć o sobie. O tym, że Ktoś zabrał mi ostatnio możliwość walki. Napisałam wiersz. I nagle zdałam sobie sprawę, że zanim włączyłam radio, włożyłam do piekarnika zapiekankę. Cóż, widocznie czasem trzeba nakarmić się samymi przeżyciami duchowymi.  


permanentne pragnienie czynu
przepadło
w głuchej i głębokiej studni
marzeń
pełnej echa
i wołania

tu bezradność skrzeczy
tutaj serce grzmi
ciemno mi – a ty się śmiejesz pod nosem, drwisz
pusto mi, Nieubłagany

wyrwałeś miecz z mej dłoni, drwisz
a mnie
została tylko ta
przeklęta i perłowa – ukochana
rękojeść
- jedyny bodziec niezapomnienia
mały posłaniec Don-owego czynu
to estetyczne przedkłosie nadziei

te piosenki
dudniące we mnie, i w tobie, i w nas

a ty drwisz odwrócony
choć prędko nie zamierzasz odejść

oddaj mój miecz!
podejdź i walcz!

walcz nieustająco
bo warto w walce gnić
walcz – póki płomień duszę
żyj – i pozwól żyć


środa, 20 marca 2013

Kilka pytań do Teresy


Powiedzże Tereso
co czułaś w tej godzinie
gdy strzałą swego Pana
doznałaś męki olbrzymiej?
Co czułaś gdy Twe palce
bezwładnie się podkurczały?
Czym byłaś
gdy Twe ciało
konwulsje wykrzywiały?
I kim był tamten Anioł
co mękę Twą przedłużał?
Czy ranną morską bryzą?
Czy skwarem w letni upał?
Czy słodki swym zapachem,
czy brzydki swoim głosem?
Co czułaś
kiedy strzała
ciała twego była druhem?
I teraz
jak się czujesz
po setkach długich lat
gdy Anioł twój z marmuru
stoi nad tobą rad
że mękę twą wydłużył
w wieczności przestrzeń całą
i, że te zgięte palce
na zawsze tak zostaną?
On jedną, krótką chwilą
porwał cię na wieki,
więc mówże,
mówże
wreszcie
co czujesz
cierpiąc… męki?

Bernini, Ekstaza Świętej Teresy